Potwór niepamięci: „Pokłosie” Władysława Pasikowskiego

Wieść o tym, że na ekrany trafi film fabularny mierzący się z tematyką Jedwabnego nie mogła pozostawić obojętnym nikogo, kto choćby lekko trzyma rękę na społecznym pulsie. Debata zapoczątkowana książką Jana Tomasza Grossa i dokumentem Agnieszki Arnold była wszak jedną z najbardziej palących i najtrudniejszych dyskusji Polaków z samymi sobą: zarówno żyjącymi jak i dawno zmarłymi. Po dziesięciu latach sprawa relacji polsko-żydowskich, szczególnie okresu 1939–1956, wciąż jątrzy, dzieli i nie daje spokoju – nie tylko w antysemickich nyżach – a biedni Polacy wciąż patrzą na getto i stodołę. Było oczywistym, że powstanie filmu na ten temat jest tylko kwestią czasu. Żywić można było jedynie obawę, czy nastąpi to najpierw w Polsce, czy też – wzorem „Oporu” Edwarda Zwicka – w USA; czy szybko znajdzie się w naszym kraju odważny, który wystawi się z jednej strony na ciosy uprzedzeń, z drugiej – na napęczniałe oczekiwania, by w półtoragodzinnej formie zmieścić opowieść o jednym z Polskich Losów. Znalazł się.

Nie należałem do tych, w których osoba Władysława Pasikowskiego jako reżysera wzbudziła niepokój. Wręcz przeciwnie, upatrywałem w niej dla powstającego dzieła sporej szansy – wybicia się ponad poziom drętwej, łzawej i poprawnej ściągawki historycznej z jaskrawym neonem „nigdy więcej” od pierwszej do ostatniej sceny. Od Pasikowskiego nie wymagałem może dzieła, które zamknie temat, które metodycznie przepracuje wszystkie skłębione wątki, choć oczywiście liczyłem na to, że podejdzie do tematu z należną mu dbałością o wielowarstwowość i przynajmniej część niuansów. Oczekiwałem za to wyrazistości i charakteru, które sprawiły, że „Psy” i „Kroll” przeszły do kanonu polskiego kina, a także – wspomnianej wyżej odwagi. Pierwszego nie sposób „Pokłosiu” odmówić, drugiego również – i to w zaskakującym obszarze.

Wiadomo było, że Pasikowski nie kręci filmu stricte historycznego, nie interesuje go rekonstrukcja, za pomocą werystycznego oka kamery, wydarzeń tamtego dramatycznego lata ‘41. Obraz swój osadził we współczesności, by za jego pomocą spenetrować mgliste traumy narosłe przez dziesięciolecia w pojedwabieńskim (choć nazwa tego miasteczka nigdzie w filmie nie pada wprost) cieniu. Co więcej, rezultatem działań reżysera i jego ekipy nie jest po prostu dramat psychologiczny. Najważniejsza, z punktu widzenia refleksji o różnych formach opowiadania o historii, jest konstatacja, iż Pasikowski de facto stworzył horror – albo przynajmniej thriller.

Już otwarcie fabuły odpowiada kliszom filmów grozy. Oto bohater – Polak-Amerykanin, emigrant epoki stanu wojennego, przybywa do rodzinnej, odludnej miejscowości, zagubionej pośród lasów i bagien, zamieszkanej przez dziwnych ludzi, po tylu już latach zwyczajnie dlań obcych. Pasikowski od początku konsekwentnie buduje poczucie oddalenia od świata zewnętrznego, stopniowo degradując – z punktu widzenia człowieka Zachodu – jego materialne manifestacje, prowadząc Franka Kalinę z eleganckiego lotniska, poprzez pociąg bynajmniej nie EuroCity, po zapyziały pekaes i rozpadający się przystanek. To jakby podróż w dzicz, na rubieże cywilizacji, gdzie – jak każą prawidła sztuki – czai się Coś. Owo Coś bohater dostrzega w mroku drzew już pierwszego wieczora swojego pobytu w rodzinnej okolicy. Zagłębiając się na nowo w jej rzeczywistość, odkrywa iż tajemnice i niedopowiedzenia są tu splecone równie gęsto jak zarośla lasu, okalającego ją i wytłumiającego dawne i dzisiejsze dramaty, a jego bliscy zdają się tkwić w samym ich centrum. Przez okno wlatuje kamień, miejscowi pod sklepem rzucają podejrzliwe spojrzenia, zaś brat – Józef – najwyraźniej oszalał, wchodząc w niezrozumiałą dla niego samego i niewyrażalną w kodzie polskiej prowincji relację i z cieniami pomordowanych „żydków”, których Franek kojarzy jedynie z krwiopijcami z Chicago, w żadnym wypadku zaś – z przestrzenią, w której się wychował.

Tropy charakterystyczne dla horroru napotkać można na każdym kolejnym kroku. Już wzmianka policjanta o Malinowskich, którzy z nikim obcym nie rozmawiają, kierować może skojarzenia w stronę przerażającej rodziny z „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną”. Scena, w której Franek po raz pierwszy widzi macewy ułożone przez Józka na ojcowym polu wydaje się być skonstruowana na wzór odkrycia kręgów na zbożu bądź tajemniczego symbolu wymazanego krwią na ścianie. Sekwencja wywożenia nagrobków spod kościoła? Demoniczny tłum mieszkańców miasteczka, który obserwują bohaterów zza bramy, nabiera tu cech niemalże Dzieci Kukurydzy. Rozmowa z gminnym archiwistą? Czyż to nie odwzorowanie toposu amerykańskiego bohatera siedzącego po pracy w bibliotece nad starymi dokumentami i nagle przeżywającego moment mrożącego neurony w mózgu olśnienia? O tym, że mamy tu również opuszczone domostwa, strasznych starców dzierżących rząd dusz oraz niemalże wiedźmę zamieszkującą obrzeża wsi, nie ma nawet co wspominać.

Takie zaszufladkowanie „Pokłosia” nie wynika zresztą tylko z motywów, które je wypełniają, ale również środków formalnych, pracy kamery, konstrukcji dialogów, napięcia nabrzmiewającego przez cały film. Pasikowski dowodzi po raz kolejny, że czuje filmowe rzemiosło jak mało kto, nadając „Pokłosiu” gorączkowy rytm, dynamikę i rozpisując sceny tak, by zagwoździły się w pamięci. Czasem zdarza mu się co prawda zwyczajnie zaszarżować – los, który spotkał Józka Kalinę jest tu przykładem oczywistym. Tworzy jednak wizję konsekwentną i – jak się zdaje – absolutnie nieprzypadkową. Wychodzi również zwycięsko ze starcia z symboliką; wszak nagły (i równie nagle urywający się, bez nadmiarowego ułamka sekundy) powidok płonącej stodoły to koncept, który mógłby łatwo ześlizgnąć się w pretensjonalny szantaż emocjonalny – w „Pokłosiu” dogłębnie porusza i wstrząsa swoją brutalną poetyckością.

Pasikowskiemu udało się przy tym zasygnalizować istotnych wiele dla tego wielkiego Polskiego Pytania wątków: zbliżanie się do Innego/Obcego, przepracowanie traumy publicznej i prywatnej, napięcie między interesem i spójnością inkluzywnej wspólnoty a humanistycznym uniwersalizmem. Twórca „Pokłosia” stawia pytania o odpowiedzialność sprawców i świadków i o niemałą cenę rozdrapywania ran. Stworzył dzieło nie tylko bardzo udane warsztatowo, ale i będące doniosłym głosem w ważnej debacie. Unika banału, zbyt łatwych oskarżeń i osądów, demonizacji i idealizacji, odmalowuje raczej gorycz i brud historii – małej i wielkiej. Każe swoim bohaterom taplać się – dosłownie – w błocie przeszłości, w zbiorowym grobie wspomnień. A przede wszystkim ukazuje, co przerodzić się może w najstraszniejszego Potwora – zduszone rachunki sumienia, niepamięć oraz wzrastająca na nich brudna wspólnota.

Łukasz Bertram