The History Manifesto: o nieobecości historyków w debacie publicznej

Historycy Jo Guildi (Brown University) i David Armitage (Harvard University) przekonują, że historia cyfrowa posługująca się wielkimi zestawami danych stanowi remedium na nieobecność historyków w najważniejszych debatach współczesności. The History Manifesto ukazało się na początku października nakładem Cambridge University Press. Jest to pierwsza książka tej oficyny w otwartym dostępie (na licencji CC BY-NC-ND 3.0), lecz zapowiadane są kolejne.

The History Manifesto (wyjaśnienie tytułu znajduje się tutaj) niewątpliwie należy do nurtu licznych prac dokonujących refleksji nad historiografią. Przede wszystkim jest jednak wezwaniem skierowanym do historyków. Dobry manifest składa się z trzech elementów, zgodnie z prezentacją Davida Armitage’a (wideo The History Manifesto at the LSE, czas: 6:00): diagnozy, propozycji zmiany i mobilizacji ludzi.

Autorzy manifestu zdiagnozowali chorobę myślenia krótkoterminowego. Jest ona widoczna w polityce, debacie publicznej, ale także w historiografii. Perspektywa najwyżej pięciu lat ogranicza nie tylko posłów myślących o kolejnej kadencji w parlamencie, ale i naukowców funkcjonujących w rytmie grantów. Armitage i Guildi zauważyli skrócenie okresów, jakim poświęcone są dysertacje historyków (zarówno średnie arytmentyczne, jak i mediany) (por. wykres 2, s. 44; notabene wykres ten jest przykładem nie tylko zgrabnej wizualizacji dużej ilości danych, ale również wad tej metody: dane pozbawione kontekstu niewiele mówią, zaś łatwo wprowadzają w błąd). Średni okres, jakiego dotyczyły badania, skrócił się z 75 lat w 1900 r. do 30 lat w 1975 r. (s. 43). Od lat 1970-ych nastąpił odwrót od wychwalanegpo przez nich myślenia w kategoriach „długiego trwania”. Wszystkie trendy historiograficzne koncentrujące się na gęstym opisie krótkiego okresu czasu określają zbiorczo „mikrohistorią”.

Odwrócenie się od procesów trwających setki, a nawet tysiące lat spowodowało, zdaniem autorów manifestu, wycofanie się historyków z debat toczonych przez współczesne społeczeństwa. Historycy przestali być wpływowymi doradcami prezydentów. Najbardziej szanowanymi ekspertami stali się w tym czasie ekonomiści.

Lekarstwa na chorobę krótkoterminowego myślenia Armitage i Guildi upatrują w powrocie do „długiego trwania”, stawiania odważnych pytań o problemy obejmujące długie okresy, a przez to uczestniczenie w debacie publicznej. Nie jest zaskoczeniem, że osoby związane ze środowiskiem cyfrowych humanistów i zwolenników otwartych modeli komunikacji naukowej doceniają znaczenie big data i komputerowej analizy dużych zbiorów danych. To właśnie rewolucja informatyczna, która w ciągu ostatniej dekady przeobraziła krajobraz humanistyki, ma umożliwić ponowne odkrycie dużych pytań.

Autorzy pokazują na przykładach trzech tematów, że we współczesnej debacie publicznej często wypowiadają się eksperci zbyt jednostronnie patrzący na problem, albo wręcz, ze względu na swoje powiązania instytucjonalne, w sposób stronniczy. Wykorzystują jednorodne dane, przez co nie podchodzą do nich z należytym krytycyzmem. Tymi tematami są: zmiana klimatu, międzynarodowe zarządzanie oraz wzrost nierówności. Jednostronność klimatologów prowadzi do katastrofizmu, a jednostronność ekonomistów do neo-liberalnego optymizmu.

Historycy, w przekonaniu dwojga autorów, są najlepiej ze wszystkich uczonych wyszkoleni do pełnienia roli arbitrów w tych sporach. To oni, krytyczni i wyczuleni na etyczne aspekty badań, biegle poruszając się między źródłami różnej proweniencji i charakteru, powinni punktować słabości w wywodach ekspertów z innych dziedzin. Tu niewątpliwie kryje się słabość argumentacji. W jaki sposób biegłość w posługiwaniu się narzędziami z warsztatu „mikrohistoryka” (żeby pozostać w terminologii zaproponowanej w Manifeście), ma się przełożyć na biegłość w posługiwaniu się ogromnymi zbiorami danych? Armitage i Guildi zakładają, że to przełożenie po prostu ma miejsce. Wielu historyków zapewne chętnie zgodzi się z tym twierdzeniem, ale przedstawiciele dyscyplin z założenia zajmujących się statystyką nie zostaną w ten sposób przekonani.

W manifeście zawarty jest postulat współpracy między tym, co autorzy nazywają „makrohistorią” (odpowiedzi na „duże pytania”, opisujące długotrwałe trendy, oparte na dużych zbiorach danych) a „mikrohistorią” (wszystkie inne szkoły historiograficzne; pojęcie to jest tu stosowane znacznie szerzej, niż czyni się to zazwyczaj). „Mikrohistorycy” mogą kultywować swoją „archiwalną doskonałość”, nie wzbudzając zainteresowania szerszej publiczności, ale dostarczając materiał „makrohistorykom”.

Manifest wzbudził już zainteresowanie. Cyfrowi historycy wypowiadają się entuzjastycznie. Historycy bardziej tradycyjni zachowują dystans. Centrum badawcze Modern British Studies @ Birmingham publikuje krótkie wypowiedzi młodych historyków z tego ośrodka, będące efektem dyskusji nad książką. Zapewne są przesadnie krytyczne, gdy na przykład przypisują autorom Manifestu megalofilię. Myślę, że w sedno trafił Matthew Hilton:

But it should be clear that this is a manifesto for their own research rather than for the profession as a whole.

Dodam, że to nie jest tylko manifest cyfrowych historyków. To jest manifest cyfrowych historyków, którzy mają ambicję zastąpić ekonomistów w roli ekspertów kształtujących przyszłość.

Ambicja udziału w debacie publicznej jest jednak godna pochwały. I choć nie jest prawdą, jakoby historycy w ogóle w niej nie uczestniczyli, to – jak zauważył Simon Szreter we wspomnianej wcześniej debacie w LSE (czas: 33:10) – pytanie, w jaki sposób w niej uczestniczą? Posługiwanie się grającymi na emocjach hasłami odwołującymi się do przeszłości trudno nazwać czerpaniem z kompetencji historyków akademickich.

Manifest można odczytać jako kolejny głos humanistów nawołujący do przychylniejszego spojrzenia na ich pracę; głos obarczony kompleksem w stosunku do bardziej medialnych dyscyplin. Odczytanie takie, choć mające podstawy, byłoby moim zdaniem błędne. Manifest jest skierowany przede wszystkim do historyków i ma na celu zmienienie ich postaw. Podstawowe założenie, na którym się opiera, jest takie, że badając przeszłość, można nie tylko lepiej zrozumieć teraźniejszość, ale i przewidywac przyszłość. Problem, nad jakim każą się pochylić, to określenie roli historyków w debacie publicznej. Na pytanie, czy nauka ma służyć samemu poznaniu, czy raczej poprawianiu świata, odpowiadają, że to drugie. Przyczynkarstwo historyków doprowadziło do upadku znaczenia nauk historycznych, a w konsekwencji do niezrównoważonej debaty. Zamknięcie się w wieży z kości słoniowej jest poważnym błędem.

Manifest nie jest chłodną analizą uwzględniającą wszystkie niuanse. Obruszanie się na uproszczenia i przerysowanie ocen jest wyrazem niezrozumienia, z jakiego rodzaju tekstem mamy do czynienia. Nadmierne eksponowanie znaczenia własnych metod badawczych, tzn. analizy statystyczne i wizualizacje dużych zbiorów danych, jest zrozumiałe, choć słusznie irytuje tych historyków, którzy pozostają przy innych metodach.

Jeśli nawet data mining nie jest jedynym lekarstwem na chorobę przyczynkarstwa, to nawoływanie do wyjścia z wieży z kości słoniowej jest potrzebne.

Jo Guildi, David Armitage, The History Manifesto, Cambridge University Press 2014, ss. 165.